Złoty znów tonie, uderzając w finanse większości Polaków. Kurs franka szwajcarskiego osiągnął psychologiczny poziom 4,40 zł i jest najwyższy w historii (nie licząc słynnego „czarnego czwartku”). Ale bardzo drogie są też inne waluty obce – w tym dolar i euro. Co się dzieje? I czy realnie grozi nam euro oraz frank po 5 zł?

Ponad 700 000 osób spłacających kredyty frankowe (aktywnych jest 415 000 umów, ale większość „małżeńskich” lub „konkubenckich”) znów ma powód do stresu. Kurs franka szwajcarskiego przebił 4,40 zł, czyli wartość niewidzianą – na dłuższą metę – nigdy w historii.

Przypomnijmy, że jeszcze cztery lata temu Polacy spłacali kredyty po kursie 3,70-3,80 zł. Dwa lata temu frank wspiął się powyżej 4 zł i zakotwiczył w rejonie 4,10-4,20 zł. A kilka tygodni temu ruszył w górę i końca tego rajdu nie widać.

Kurs franka rekordowo wysoki, euro i dolar też blisko historycznych szczytów

To oznacza, że w ciągu czterech ostatnich lat raty kredytów frankowych wzrosły o 10% (wartość LIBOR CHF w tym czasie praktycznie się nie zmieniała i wynosiła ok. -0,75%). Był tylko jeden moment w historii, gdy za franka szwajcarskiego trzeba było płacić jeszcze więcej. To słynny „czarny czwartek” 15 stycznia 2015 r., gdy szwajcarski bank centralny (SNB) przestał „bronić” kursu swojej waluty przed umocnieniem.

Kurs franka w przeddzień decyzji SNB wynosił 3,54 zł. W dni ogłoszenia „kapitulacji” banku centralnego Szwajcarii poszedł w górę nawet do 5,19 zł, ale na koniec dnia kosztował już „tylko” 4,31 zł. To i tak był wielki szok dla rynków finansowych i frankowiczów. Ale teraz frank jest jeszcze droższy niż wtedy.

Kurs franka najwyższy w historii (nie licząc "czarnego czwartku")
Kurs franka najwyższy w historii (nie licząc „czarnego czwartku”)

Nie tylko kurs franka bije rekordy. Bardzo blisko najwyższej ceny od bardzo dawna jest też waluta euro. W marcu jej kurs osiągnął niemal 4,68 zł. W chwili, gdy piszę ten artykuł, do tego poziomu brakuje już tylko kilku grosików. A droższe euro niż po ok. 4,70 zł mieliśmy ostatni raz… dwadzieścia lat temu. Dość niedaleko od historycznych rekordów, w okolicach 4,30 zł, jest też dolar, który kosztuje już 4,05 zł. Do takich rejonów jego kurs docierał w ostatnich 20 latach tylko dwukrotnie.

nie tylko kurs franka rośnie. Dolar też blisko szczytów
Nie tylko kurs franka rośnie. Dolar też blisko szczytów

Co się dzieje, że złoty słabnie w oczach i że frank szwajcarski jest już najdroższy w historii, a pozostałym ważnym walutom brakuje do tego już naprawdę niewiele? Prawdopodobnie zaważyły na tym trzy rzeczy.

Trzy przyczyny, które niszczą wartość złotego

Po pierwsze: zbyt słaba odpowiedź NBP na wysoką inflację i spadek zaufania do polskiego banku centralnego. Mimo podniesienia stóp procentowych z 0,1% do 1,25% analitycy są niemal pewni, że to za mało. Część z nich widzi stopy procentowe za rok na poziomie 3%, a niektórzy nawet w okolicach 3,5%.

Inflacja sięga 7%, przez kilka następnych miesięcy będzie jeszcze rosła, a w tych okolicznościach podnoszenie stóp procentowych powinno być odważniejsze. W Czechach – gdzie inflacja jest niższa niż w Polsce – stopy procentowe podniesiono już do 2,75%.

Nie widać też, by wysoką inflacją przejmował się polski rząd. Nie zrezygnował ani z waloryzacji emerytur, ani z podwyżki płacy minimalnej, ani z napędzającego inflację programu podatkowego Polski Ład. Nie zrezygnował z podwyżek podatków (m.in. akcyzy), ani nie wprowadził żadnych ograniczników na podwyżki płac. Przeciwnie – ma być jakaś „Tarcza Antyinflacyjna”, czyli pieniędzy w obrocie ma być więcej, a nie mniej.

Rząd w walce z inflacją nie istnieje, zaś NBP w ostatnich dniach dokumentnie się skompromitował serią komunikatów na Twitterze, w których sugerował, że celowo obniżał kurs polskiej waluty, by poprawić wynik finansowy banku centralnego. Jeśli instytucja, która ma pilnować wartości pieniądza, chwali się tym, że ją niszczy, to znaczy, że mamy problem.

Część spadku kursu złotego wynika zapewne z braku zaufania rynków finansowych do NBP. Prezes banku Adam Glapiński raz mówi, że kolejne podwyżki stóp procentowych będą potrzebne, a innym razem – że nie. Niektórzy inwestorzy mogą mieć wrażenie, że na czele banku centralnego stoi facet, który nic nie ogarnia. A posiadanie waluty kraju, którego prezes banku centralnego nie panuje nad tym, co mówi, jest ryzykowne.

Inwestorzy każą sobie płacić coraz wyższe oprocentowanie za polskie obligacje, ale jeśli złoty się osłabia, to inwestowanie w te papiery mniej im się opłaca. Co z tego, że za zainwestowane w Polsce euro dostaną – po wymianie na złote – 3% odsetek, skoro w tym czasie ich złotowe obligacje będą np. o 10% mniej warte, licząc w euro?

rentowność polskich obligacji 10-letnich 10PLY.B
Rentowność polskich obligacji 10-letnich (10PLY.B)

Zbyt niskie stopy procentowe – i brak wystarczającej reakcji NBP oraz rządu na wysoką inflację – powodują spadek wartości złotego. A on może w konsekwencji prowadzić do jeszcze wyższego oprocentowania polskich obligacji. To byłby cios w socjalne transfery rządu. Ich brak oznacza z kolei hamowanie całej gospodarki, która została nastawiona przez rząd na konsumpcję. A hamowanie gospodarki to mniejsze wpływy z podatków i… jeszcze mniej pieniędzy na transfery socjalne.

Po drugie: kryzys geopolityczny wynikający z sytuacji na granicy polsko-białoruskiej. Co prawda na razie (jeszcze) nie wygląda to wszystko na początek III wojny światowej, ale niepewność polityczna zawsze powoduje odpływ kapitału od tzw. rynków wschodzących do „spokojnych przystani”. Inwestorzy w niepewnych czasach „parkują” pieniądze w bezpiecznych miejscach. A więc o obligacjach amerykańskiego lub niemieckiego rządu, w szwajcarskim albo w japońskim banku.

Jeśli sytuacja na granicy się nie uspokoi – a nie zanosi się na to, bo polski rząd udaje „zosię samosię” i nie buduje żadnej międzynarodowej koalicji do rozwiązania przyczyn problemu – osłabienie złotego może jeszcze potrwać i być może przybrać na sile. Zła wiadomość jest taka, że na wykresach widać, że euro i dolar są blisko historycznych szczytów. Ich przekroczenie uruchomi z kolei falę zleceń najbardziej spekulacyjnie nastawionych inwestorów, którzy zagrają „z trendem” i jeszcze podbiją kursy walut.

Kurs franka może jeszcze pójść w górę?

Po trzecie: słabość europejskiej gospodarki. Dolar i frank szwajcarski mogą drożeć nie tyle w stosunku do złotego (choć to pewnie też), ale przede wszystkim w relacji do euro. Już dziś widać, że amerykańska gospodarka szybciej i łatwiej wychodzi z kryzysu po Covid-19 niż europejska (tak samo, jak szybciej wyszła z poprzedniego, po upadku banku Lehman Brothers). Amerykanie szybciej mogą sobie pozwolić na podwyższanie stóp procentowych i na walkę z inflacją. Dzięki temu ich waluta staje się bardziej atrakcyjna, podobnie jak obligacje.

Stopa procentowa EBC
Stopa procentowa EBC

Im słabsza europejska gospodarka, tym lepiej dla Szwajcarii, której waluta jest inwestycyjną alternatywą dla euro. Tak długo więc, jak długo Europejski Bank Centralny nie będzie podwyższał stóp procentowych (wynoszą 0%), frank będzie drogi. W sytuacji, gdy inflacja jest znacznie niższa w Szwajcarii niż w strefie euro, kapitał płynie do kraju Milki. I to wzmacnia notowania franka.

inflacja w Szwajcarii i w strefie euro
Inflacja w Szwajcarii i w strefie euro

Swoją drogą, zobaczcie do czego doszło. Inwestorzy wolą lokować pieniądze w Szwajcarii na ujemny procent (stawka LIBOR CHF krąży wokół poziomu -0,75%) niż na zero procent w strefie euro. Widzą, że inflacja jest niższa w Szwajcarii (a więc tam pieniądz wolniej traci na wartości), zaś jeśli wziąć pod uwagę szanse na umocnienie się franka względem euro – da się lepiej ochronić wartość pieniądza, przechowując go we frankach szwajcarskich.

Szwajcarski bank centralny interweniuje – kwartalnie „drukuje” 5-10 mld franków szwajcarskich i wpuszcza je na rynek, by hamować wzrost kursu franka. Ale nie jest w stanie zatrzymać naturalnych procesów prowadzących do umacniania się szwajcarskiej waluty. Mógłby ją co najwyżej jednym ruchem zniszczyć (jeśli przegnie z drukowaniem) – a wraz z nią całą szwajcarską gospodarkę opartą m.in. na usługach finansowych – ale tego nie może zrobić tym bardziej.

Dlaczego Ty też powinieneś się martwić spadającą wartością złotego?

Dlaczego słabnący złoty to zło? Przede wszystkim dlatego, że obniża realną siłę nabywczą złotówek znajdujących się w portfelach wszystkich Polaków. To uderza nie tylko w spłacających kredyty walutowe, ale także w tych, którzy wyjeżdżają za granicę i będą płacili rachunki w euro. Od kursów zagranicznych walut są uzależnione ceny benzyny, samochodów, elektroniki. Słaby złoty to droższe rzeczy w sklepach. Zyskują na tym polskie firmy eksportujące na Zachód. Jeśli pracujesz w takiej firmie, to być może masz pracę właśnie dlatego, że złoty nie jest zbyt silny.

Oczywiście, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Tak, jak Szwajcarzy przyzwyczajają się do tego, że ich waluta jest coraz silniejsza, tak my możemy się przyzwyczaić – i nawet to robimy – do tego, że nasza waluta jest coraz słabsza. Od kilku lat NBP ma strategię utrzymywania kursu złotego na relatywnie niskim poziomie. Jednak dużym problemem jest skokowa zmiana (a zwłaszcza spadek) takiej lokalnej waluty jak złoty.

Złoty coraz słabszy, kurs euro i franka - wyższy
Złoty przez lata coraz słabszy, kurs euro – wyższy

Spadek jej wartości nabywczej może wywołać całą spiralę wydarzeń, które – w skrajnym scenariuszu – prowadzą do bankructwa gospodarki. W sytuacji, gdy inflacja i spadek wartości waluty, którą mamy w kieszeni, jest zbyt dotkliwy i zbyt gwałtowny, chcemy wymienić ją na inną, solidniejszą. To zjawisko powoduje, że wartość „domowej” waluty spada jeszcze szybciej, nakręcając z kolei inflację. Podobny scenariusz – niechęć do posiadania lokalnej waluty – może się pojawić na rynku długu.

A jeśli kraj musi pozyskać pieniądze na zrolowanie długów i musi je pożyczyć w twardej walucie – to jest „ugotowany”. Bo zaczyna wisieć na pasku międzynarodowych inwestorów, a wartość jego zadłużenia przestaje być kontrolowalna.

Co może uratować złotego przed dalszymi spadkami?

Co może uratować złotego? W zasadzie tylko przyspieszenie podwyżek stóp procentowych i odzyskanie wiarygodności przez NBP. Jeśli będzie tak, jak prognozują eksperci, że za kilka miesięcy zobaczymy stopy NBP na poziomie 3% lub wyżej – zapewne złoty wróci do łask inwestorów.

Ostatnio pojawiły się nawet spekulacje, że na specjalnym, nieplanowanym wcześniej, posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej może zdecydować o interwencyjnej podwyżce stóp procentowych. Wszystkiego się można spodziewać, ale to byłby zapewne strzał w kolano, bo pokazałby, że Rada wpadła w panikę i zaczyna wykonywać nerwowe ruchy.

Teoretycznie NBP mógłby interweniować na rynku walutowym, żeby powstrzymać spadki złotego – o ile przybiorą na sile – ale to też byłoby zagranie va banque. Rynek jest silniejszy niż jakikolwiek bank centralny i jeśli wśród inwestorów panuje konsensus, że złoty „nie zasłużył” na to, żeby być silny, to NBP nie wygra tej batalii, choćby poświęcił całe rezerwy walutowe. Pamiętacie jak George Soros wygrał podobny bój z brytyjskim bankiem centralnym?

Do odzyskania siły przez złotego wiedzie tylko jedna droga – dwupasmówka – skuteczna walka z inflacją przez rząd i podwyższenie stóp procentowych NBP do takiego poziomu, by odpowiadały inwestorom kupującym polskie obligacje (czyli jakoś odpowiadające poziomowi inflacji).

Oczywiście jest też trzeci warunek. Jest to uspokojenie sytuacji na granicy oraz obniżenie temperatury między Polską i Unią Europejską. Jeśli Polska ma być wiarygodnym krajem w miarę bezpiecznych dla inwestycji (a nie czymś w rodzaju Turcji, gdzie lokuje się pieniądze na kilkanaście procent w skali roku), to świat musi mieć pewność, że Polską nie rządzą nieodpowiedzialni wariaci.

Maciej Samcik   |   źródło: Subiektywnie o finansach

Więcej: