Przez poprzednie trzy miesiące paliwa na polskich stacjach podrożały o ok. 10%, osiągając najwyższe ceny od marca 2020 roku. Jak to możliwe, że pomimo trwającego częściowego lockdownu tankujemy niemal tak drogo jak na początku pandemii?

Na półmetku lutego za litr benzyny Pb95 płaciliśmy średnio 4,76 zł – wynika z danych BM Reflex. To o 5 groszy więcej niż tydzień wcześniej oraz już o 36 gr/l więcej niż trzy miesiące temu i najwięcej od połowy marca 2020 roku. Średnia krajowa cena benzyny Pb98 przekroczyła już 5 zł/l.

/ Bankier.pl na podstawie danych BM Reflex.

Olej napędowy kosztował przeciętnie 4,74 zł/l, czyli także o 5 gr/l więcej niż tydzień wcześniej. W przypadku tego paliwa mówimy o wzroście średniej ceny detalicznej o 44 gr/l w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni. Aż o 6 gr/l podniosła się średnia cena autogazu, osiągając poziom 2,33 zł/l. Podobnie jak w przypadku benzyny, także ON i LPG są obecnie najdroższe od 11 miesięcy.

Pamiętajmy, że mówimy tu o cenach uśrednionych dla całego kraju. Skądinąd wiadomo, że stawki na poszczególnych stacjach mogą się między sobą różnić o kilkadziesiąt groszy na litrze. Takie różnice znajdziemy, jeśli porównamy ze sobą oferty na stacjach „przymarketowych” z cennikami stacji np. przy autostradach.

Różnice widać też między poszczególnymi regionami. W najdroższych województwach (np. w dolnośląskim czy lubelskim) litr benzyny kosztuje średnio 4,83-4,84 zł, podczas gdy w najtańszych (pomorskim i łódzkim) średnia cena to 4,68 zł/l. Takie średnie oznaczają, że w Polsce można znaleźć punkty, gdzie ta sama benzyna kosztuje już prawie 5 zł/l i takie, gdzie w cennikach widnieją stawki rzędu 4,50 z/l.

Podobne różnice widać w przypadku oleju napędowego, który na Dolnym Śląsku kosztuje przeciętnie 4,80 zł, a w województwie łódzkim 4,62 zł. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że nawet w statystycznie drogich regionach (np. we Wrocławiu) można zatankować ON za mniej niż 4,50 zł, jeśli się wie, gdzie znaleźć tańsze stacje.

Od czego zależą ceny paliw?

Zasadniczo cena przy dystrybutorze zależy od trzech podstawowych czynników. Pierwszym – i w Polsce najważniejszym – są podatki. Zarówno w przypadku benzyny Pb95 jak i oleju napędowego aparat skarbowy zabiera dla siebie mniej więcej połowę ceny detalicznej. W cenie paliw wliczona jest bardzo wysoka akcyza (ok. 1,51 zł/l w przypadku benzyny i 1,15 zł/l w ON), opłata paliwowa, opłata emisyjna oraz oczywiście 23-procentowy („tymczasowo” podniesiony) VAT.

Gdyby nie te wszystkie podatki, to dziś tankowalibyśmy po ok. 2,30-2,50 zł/l. Tak właściwie, to każda legalna stacja paliw w Polsce mogłaby uchodzić za delegaturę urzędu skarbowego. Tyle że podatki od paliw w Polsce w ciągu ostatnich trzech miesięcy akurat nie wzrosły. O ile więc to one w znacznym stopniu winne są temu, że tankujemy tak drogo, to nie są przyczyną niedawnego wzrostu cen paliw.

Drugim elementem tej „petrozagadki” są marże operatorów stacji. To różnica pomiędzy cenami płaconymi przez kierowców, a kosztami zakupu paliwa w rafinerii. Marża musi pokryć koszty stałe stacji (amortyzacji, wynagrodzenia pracowników, konserwacji urządzeń, energii elektrycznej i wiele innych) oraz wystarczyć na zarobek dla jej właściciela, czyli na wynagrodzenie za zaangażowany kapitał i ponoszone ryzyko.

To jednak także ślepy zaułek. W przypadku benzyny Pb95 implikowana marża detaliczna obniżyła się w lutym do ok. 15 gr/l i jest o połowę niższa niż w listopadzie oraz kształtuje się na poziomie o 35% niższym od średniej z ostatnich 15 lat. W przypadku oleju napędowego szacowana marża detaliczna zmalała praktycznie do zera po tym, jak we wrześniu i październiku ubiegłego roku była ponadprzeciętnie wysoka. Widać, że w ostatnich tygodniach detaliści brali na siebie część podwyżek w hurcie.

I tu dochodzimy do trzeciego czynnika, jakim są ceny w rafineriach. Od początku listopada cena benzyny w PKN Orlen podniosła się aż o 58 gr/l. Olej napędowy podrożał aż o 76 gr/l. To właśnie coraz wyższe ceny hurtowe przez ostatnie tygodnie napędzały galopadę cen przy dystrybutorach. Nie jest to jednak żaden spisek czy też nadużycie pozycji monopolistycznej przez płocki koncern. Ten podnosi ceny, ponieważ od początku listopada mamy do czynienia z dynamicznym wzrostem notowań ropy naftowej.

Gdyby nie ta ropa…

Jeszcze pod koniec października baryłka ropy Brent kosztowała niespełna 38 dolarów. Później „czarne złoto” zaczęło szybko drożeć. Doprowadziły do tego zarówno stopniowa odbudowa popytu na paliwa w Azji i w USA, jak również nadzieje związane z antycovidowymi szczepionkami i utrzymywane przez naftowy kartel obniżone limity wydobycia.  W rezultacie dostępne zapasy ropy naftowej szybko maleją. Amerykańskie rezerwy komercyjne są już o 67,6 mln baryłek (czyli o 13%) mniejsze, niż były w połowie lipca 2020 r. Trend ten wręcz uległ nasileniu od początku grudnia.

/ Bankier.pl

Oprócz czynników o charakterze przejściowym (jak np. ciężka zima w USA) na rynek ropy decydujący wpływ ma fakt, że pandemia Covid-19 wyraźnie ustępuje – globalnie liczba dziennych pozytywnych testów PCR jest już trzykrotnie niższa niż w połowie stycznia. Poza Europą w znacznym stopniu zniesiono już krępujące gospodarkę lockdowny, co sprzyja odbudowie zapotrzebowania na paliwa.

Jeśli do tego dodamy oczekiwania związane z kolejnym gigantycznym pakietem nowych wydatków fiskalnych w Stanach Zjednoczonych (szacowanych na 1,9 bln USD), to popyt na ropę naftową w drugiej połowie 2021 roku może powrócić w pobliże wartości z roku 2019 przy wciąż przykręconym kurku w krajach OPEC+. W rezultacie cena baryłki ropy Brent właśnie przekroczyła poziom 63 USD i jest najwyższa od stycznia 2020 roku.

… i słaby złoty…

Dodatkowo sprawę pogarsza nowa polityka Narodowego Banku Polskiego, który w grudniu wymyślił sobie, że chce widzieć trwale słabszego złotego. Pod koniec roku NBP przeprowadził kilka bezpośrednich interwencji walutowych obniżających wartość polskiego pieniądza. Zostaliśmy więc pozbawieni rynkowego bufora ochronnego, jakim w czasach poprawiającej się koniunktury gospodarczej był umacniający się złoty. Teraz pomimo całego optymizmu panującego na rynkach surowcowych kurs USD/PLN pozostaje na poziomach zbliżonych do tych, jakie oglądaliśmy na początku grudnia. Można zaryzykować hipotezę, że bez działań Narodowego Banku Polskiego mielibyśmy teraz wyraźnie niższy kurs dolara i w konsekwencji także tańsze paliwa.

Mamy za to do czynienia z sytuacją, gdy ceny ropy naftowej idą mocno w górę (wzrost o 67% w 3,5 miesiąca nie należy do małych) przy bardzo słabym złotym. W efekcie cena baryłki ropy Brent wyrażona w polskiej walucie jest już o 55% wyższa, niż była na początku listopada. I wciąż rośnie. W takim układzie kolejne podwyżki hurtowych cen paliw są w zasadzie nieuniknione. A to z kilkunastodniowym opóźnieniem przekłada się na wyższe koszty tankowania.

Trend wzrostu cen paliw mogłyby odwrócić tylko trzy wydarzenia lub ich kombinacja. Po pierwsze, z jakichś powodów musiałyby spaść notowania ropy naftowej. Po drugie, NBP musiałby zmienić politykę i pozwolić złotemu odrobić chociaż część strat z roku 2020. Lub po trzecie, polskie władze zdecydowałyby się obniżyć podatki od paliw, na co w warunkach wysokiego deficytu fiskalnego raczej nie ma szans. Zatem pozostaje nam się oswoić z cenami paliw powoli zmierzającymi – i być może nawet przekraczającymi – barierę 5 zł za litr.

Krzysztof Kolany   |   źródło: Bankier.pl

Analityk rynków finansowych i gospodarki. W zakresie jego zainteresowań leżą zarówno Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, jak i rynki zagraniczne: Nowy Jork, Londyn i Frankfurt. Specjalizuje się w rynkach metali szlachetnych oraz monitoruje politykę najważniejszych banków centralnych. Analizuje wpływ sytuacji gospodarczej na notowania akcji, kursy par walutowych i ceny surowców. Jest trzykrotnym laureatem organizowanego przez NBP prestiżowego konkursu im. W. Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych w kategoriach dziennikarstwo internetowe (2010) oraz polityka pieniężna i stabilność finansowa (2018 i 2019). Otrzymał także tytuł Herosa Rynku Kapitałowego 2016 przyznawany przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Tel.: 697 660 684