Kilka dni temu media katolickie na świecie przedrukowały esej Benedykta XVI, jaki ukazał się w czasopiśmie archidiecezji bawarskiej „Klerusblatt”. Papież-senior przerwał milczenie, by zabrać głos w sprawie obecnego kryzysu w Kościele związanego z nadużyciami seksualnymi popełnianymi przez katolickich duchownych. W pierwszych zdaniach swego tekstu odniósł się do niedawnej konferencji przewodniczących episkopatów z całego świata, która zebrała się w Watykanie, by przedyskutować ten problem.

Tym, co najbardziej uderza czytelnika po lekturze eseju Benedykta XVI, jest to, że wspomniany kryzys postrzega on zupełnie inaczej niż hierarchowie zebrani na konferencji w Rzymie. W całym tekście ani razu nie pojawia się np. słowo „klerykalizm”, które w trakcie watykańskiego szczytu odmieniane było przez wszystkie przypadki jako główna przyczyna molestowania nieletnich przez duchownych. Widać, że dla Josepha Ratzingera nie ma to żadnego znaczenia.

Zamiast tego papież-senior wskazujena inne zjawisko, które uznaje za główne źródło kryzysu, a mianowicie przeniknięcie postulatów rewolucji seksualnej do wnętrza Kościoła katolickiego. Takich diagnoz z kolei próżno by szukać u hierarchów, którzy nadawali ton lutowej konferencji w Watykanie, jak np. kardynał Reinhard Marx, kardynał Blaise Cupich czy arcybiskup Charles Scicluna.

Benedykt XVI przedstawiaproces mentalnej kolonizacji Kościoła przez rewolucję seksualną na konkretnych przykładach. Wspomina np. o biskupach, którzy porzucili tradycyjne nauczanie Kościoła na rzecz „nowocześnie pojmowanego katolicyzmu”. Jeden z nich, byłyrektorseminarium, zorganizował np. pokaz filmów pornograficznych dla swych kleryków, aby ich rzekomo uodpornić w ten sposób na zachowania sprzecznez wiarą.Papież-senior opisuje też, jak w niejednym seminarium studenci przyłapani na czytaniu jego książek byli uważani za niezdolnych do kapłaństwa. W rezultacie klerycy musieli czytać prace Josepha Ratzingera potajemnie w ukryciu przed swoimi nauczycielami.

Benedykt XVI w kontekście skandali pedofilskich wspomina też wprost o zjawisku, wokół którego podczas watykańskiego szczytu panowała swoista zmowa milczenia, czyli o lobby gejowskim w Kościele. Papież-senior stwierdza, że w różnych seminariach powstały homoseksualne kliki, które – działając mniej lub bardziej otwarcie – znacząco zmieniły klimat w tych placówkach. Wizytacje apostolskie, które tam przeprowadzono, nie przyniosły rezultatów, ponieważ – jak pisze Benedykt XVI – „różne siły połączyły się, by ukryć prawdziwą sytuację”.

Autor eseju przywołuje też inne negatywne czynniki mające wpływ na obecny kryzys, o którychrównież nie dyskutowano podczas lutowej konferencji w Rzymie. Chodzi o odejście w praktyce nauczania Kościoła od kilku zasadniczych pojęć. Po pierwsze: od prawa naturalnego, a więc niezmienności ludzkiej natury. Po drugie: od etyki absolutnej na rzecz etyki sytuacyjnej, co oznacza, że nie ma już nic, co byłoby absolutnie dobre lub absolutnie złe, a więc wszystko pozostaje względne i zależne od czasu oraz okoliczności. Po trzecie: od męczeństwa, co znaczy, że nie ma już wartości większej niż fizyczne przetrwanie i zachowanie życia doczesnego.

W tej sytuacji nie ma – jego zdaniem – nic dziwnego, że doszło do rozpadu chrześcijańskiej koncepcji moralności, załamania moralnego autorytetu nauczycielskiego Kościoła oraz kryzysu formacji duchowej w seminariach.

W swym tekście dwukrotnie Benedykt XVI przywołał postać Jana Pawła II i to dwa razy w pozytywnym kontekście. Po pierwsze, papież z Polski napisał w 1993 roku encyklikę „Veritatis splendor”, która stanowiła odtrutkę na relatywizm poznawczy i moralny wsączający się do Kościoła. Po drugie, doprowadził do wydania w 2001 roku „Delictamaiora contra fidem”, dzięki czemu stało się możliwe usuwanie ze stanu kapłańskiego duchownych odpowiedzialnych za molestowanie nieletnich.

Na najgłębszym poziomie jednak, zdaniem Benedykta XVI, ostatecznym powodem tego, że pedofilia w Kościele osiągnęła tak duże rozmiary, jest brak Boga. Chrześcijanie, a nawet księża wolą dziś nie rozmawiać o Bogu, ponieważ jest to niepraktyczne. Przestają Nim również żyć. Nie czynią już z Niego fundamentu swego życia, zarówno osobistego, jak i wspólnotowego. Zagubili również rozumienie Eucharystii, degradując ją zwykłego ceremonialnego gestu. Nawet biskupi postrzegają dziś Kościół jako rodzaj aparatu politycznego. Mówią o nim wyłącznie w kategoriach politycznych jako projekcie, który mogą sami zaprojektować i wymyślić na nowo. „Ale własnoręcznie zmajstrowanyKościół – jak pisze Benedykt XVI – nie może stanowić nadziei”.

Papież-senior nie traci jednak nadprzyrodzonej nadziei. Przywołując przykład Hioba, wierzy, że okres próby, przez jaki przechodzi dziś Kościół, będzie zarazem czasem oczyszczenia. Warto by jego głos został wysłuchany zwłaszcza przez tych biskupów, do których jest on skierowany.

Grzegorz Górny   |   wPolityce