Oto mroczne miejsce, w którym nie ma zasad, a cel jest tylko jeden: przetrwać. Czy mowa o Gotham znanym z komiksów o Batmanie? O Nowym Jorku z lat 80. XX wieku wstrząsanym rozbojami i strzelaninami? O podzwrotnikowej dżungli? Pudło. Mowa o Dolinie Krzemowej. Opowiada były menedżer Facebooka. 

„Moralność jest w tech-burdelu niezwykle kosztowna” – pisze w swojej książce “Chaos Monkeys: Obscene Fortune and Random Failure in Silicon Valley” (Harper, 2016) Antonio Garcia Martinez.

chaos-monkeys-obscene-fortune-and-random-failure-in-silicon-valley-by-antonio-garcia-martinez-0062458213Krzemowa Dolina w jego oczach jest bardzo podobna do Wall Street. Nie jest środowiskiem introwertycznych geniuszy klawiatury, którzy przyjeżdżają do pracy rowerem i piją na śniadanie świeżo wyciskany sok. Jest dziką dżunglą pełną samców (i samic) uzależnionych od hazardu i adrenaliny, idących po trupach do celu, a sukces często osiągających… przez przypadek.

Martinez wie, co pisze. Przez kilka lat pracował na Wall Street (w Goldman Sachs), a potem przeniósł się na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu nowych wyzwań zawodowych. Najpierw przeszedł szkołę życia (i biznesu) w start-upach, a potem w wielkich korporacjach z branży informatycznej. Był doradcą w firmie Twitter i product managerem odpowiedzialnym za wykorzystanie potencjału reklamowego Facebooka. Jest więc jednym z nielicznych specjalistów, którzy mają olbrzymie doświadczenie zarówno w światowej stolicy finansów, jak i w światowej stolicy biznesu IT.

„Inwestorzy to ludzie, którzy mają więcej pieniędzy niż czasu. Pracownicy to ludzie, którzy mają więcej czasu niż pieniędzy. Przedsiębiorcy to coś pomiędzy tymi dwiema kategoriami. Start-upy zakłada się wyłącznie za cudze pieniądze. Marketing jest jak płatny seks – tylko frajerzy go kupują. Nie ma zasad, jest tylko prawo. Sukces wybacza wszystkie grzechy”. W tych kilku prostych zdaniach, w których Martinez scharakteryzował kapitalizm Krzemowej Doliny, zawiera się także niemal cała fabuła jego książki.

Krzemowa Dolina Martineza pełna jest „chaos monkeys”, czyli małpek chaosu. Terminem tym określa się narzędzie do testowania wytrzymałości stron internetowych w obliczu awarii serwerów. Według Martineza całe środowisko przedsiębiorców i naukowców zgromadzone w okolicach Palo Alto, Mountain View i Santa Clara to jedno wielkie stado takich zwierzątek, które karmione przez fundusze inwestycyjne testują bez przerwy wytrzymałość niemal wszystkich branż po kolei – medialnej (Facebook, Twitter), transportowej (Uber), hotelowej (Airbnb).

To, co Martinez ma do powiedzenia o Krzemowej Dolinie, zapada w pamięć przede wszystkim dzięki kilku niezwykle sugestywnym anegdotom. Szczególne wrażenie robi ta o Marku Zuckerbergu podejmującym strategicznie ważną dla Facebooka decyzję w 15 minut. A także ta o jednym z założycieli tegoż portalu społecznościowego, który po wygraniu 50 tys. dolarów w pokera poszedł w t-shircie i dżinsach kupić BMW. Ponieważ go zlekceważono, przeszedł na drugą stronę ulicy i kupił mercedesa, po czym wrócił nim do salonu BMW i wyśmiał tamtejszych sprzedawców.

Były product manager Facebooka nie omieszkał przypomnieć również, że historia większości kultowych postaci Krzemowej Doliny ma wiele ciemnych kart. Zwraca uwagę na przykład na to, że Steve Jobs na samym początku kariery w branży oszukał Steve’a Wozniacka, a Mark Zuckerberg tak naprawdę ukradł pomysł na portal stowarzyszeniu Ivy League.

Publikacja Martineza uzmysławia także kilka nieoczywistych faktów. Na przykład taki, że nie jest prosto monetyzować biznes portali społecznościowych. Albo taki, że giganci branży IT kupują start-upy za niewyobrażalne pieniądze nie po to, by pozyskać technologię, tylko by… zrewitalizować swoją kulturę korporacyjną. I że wbrew mitom Facebook wcale nie sprzedaje danych użytkowników. Dzięki „Chaos Monkeys” można sobie również przypomnieć, że każdy krok każdego internauty jest odnotowany (i że każdy może być w sieci śledzony).

Autorowi „Chaos Monkeys” nie brakuje poczucia humoru – i to specyficznego. Na przykład sytuację, gdy pozwany do sądu start-up poszukuje finansowania na rynku publicznym, porównuje do wejścia do baru dla singli z koszulką, na której jest napis: „Mam HIV, a ty?”. Nie brakuje mu także śmiałości w ocenach ludzi (o finansiście Elishy Wieselu, synu Eliego – tak, tego Eliego Wiesela – napisał wprost: „to był mały, chciwy, bezwzględny…” i tu najlepiej postawić kropkę).

W tym miejscu dochodzmy do wad dzieła Martineza.

Primo, jego rozporkowo-psychodeliczne poczucie humoru i nadużywanie wulgaryzmów w pewnym momencie przestaje śmieszyć i staje się po prostu uciążliwe.

Secundo, książka jest przeładowana postaciami, wątkami i informacjami – trzeba ją czytać naprawdę uważnie, aby się w tym gąszczu nie zgubić. W pewnym momencie nasuwa się myśl, że oto czytamy scenariusz do nowych odcinków „Latającego cyrku Monty Pythona” skrzyżowany z trylogią Henryka Sienkiewicza osadzony w XXI-wiecznych realiach branży IT.

Tertio – po co, u licha, w tego typu książce Martinez opisuje swoje życie prywatne (i łóżkowe)?!

Prasa za oceanem była zachwycona „Chaos Monkeys”. Opiniotwórczy magazyn The Atlantic polecał ją jako jedną z dziesięciu świetnych pozycji wakacyjnych (książka zadebiutowała na rynku w czerwcu). Oczywiście, to nie jest zła książka. Jest ona ciekawym portretem zbiorowym środowiska Doliny Krzemowej. Portretem tym bardziej wartościowym, że napisanym przez tzw. insidera (czyli osobę, która widziała wszystko od środka). Wydaje się jednak, że jest portretem zbyt chaotycznym i stworzonym w zbyt luźnej (wręcz luzackiej) formie, by przejść do historii jako ważna pozycja biznesowa czy socjologiczna.

Piotr Rosik  |  Obserwator Finansowy