Agencja Standard & Poor’s (S&P), największa z „wielkiej trójki” agencji ratingowych, obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Polski z A- do BBB+. W odniesieniu do Polski jest to pierwsza zmiana ratingu od 2007 r. i w ogóle pierwsze w historii jego obniżenie. Obecna ocena jest najniższą powyżej poziomu „nieinwestycyjnego”. Co oznacza, że kolejne obniżenie ratingu sprawi, iż w oczach ogromnej rzeszy zarządzających pieniądzem, spółek ubezpieczeniowych oraz funduszy emerytalnych i rentowych polski dług utraci atrakcyjność inwestycyjną.

Przypuszczalne ogłoszenie jeszcze niższego ratingu mogłoby doprowadzić do ograniczenia płynności finansowej rządu, co z kolei zmusiłoby Polskę do zaciągania pożyczek znacznie wyżej oprocentowanych. Już obecny rating będzie skutkował dla skarbu państwa wzrostem kosztów obsługi zadłużenia na rynkach światowych, a to dlatego, że inwestowanie w polski dług uchodzi za bardziej ryzykowne. W moim przekonaniu to wszystko nie ma nic wspólnego z realiami gospodarczymi, a wynika z przesłanek i względów politycznych, jakimi kieruje się upolityczniona agencja, czerpiąca wiedzę od jeszcze bardziej upolitycznionej Unii Europejskiej, która to z kolei chce ukarać Polskę za porzucenie eurocentryzmu poprzedniego, pławiącego się w aferach rządu.

Zastraszyć Warszawę

Co prawda, dłużnik określany poziomem ratingowym BBB+ wciąż ma odpowiednią zdolność do wywiązywania się ze swoich zobowiązań finansowych, lecz według agencji wzrosło prawdopodobieństwo, że w nieodległej przyszłości grozi mu pogorszenie się perspektyw gospodarczych. Według S&P, o ile rząd polski nie zmieni dotychczasowej polityki, prawdopodobieństwo kolejnego obniżenia ratingu w najbliższych dwóch latach wynosi jak jeden do trzech.

W październiku 2015 r. agencja S&P potwierdziła pozytywną ocenę Polski, sugerując jednak, że jeśli dojdzie do realizacji obietnic wyborczych, takich jak obniżenie wieku emerytalnego, zasiłki dla rodzin wielodzietnych, i zarazem do zwiększenia wydatków bez ich zrównoważenia zwiększonymi przychodami, przyszła „perspektywa” może zostać zweryfikowana z „pozytywnej” na „stabilną”. Przy czym agencja nie zająknęła się na temat możliwego obniżenia ratingu ani tego, co mogłoby się do niego przyczynić (dając do zrozumienia, że w ogóle czegoś takiego nie bierze pod uwagę). Niemniej jednak tak właśnie uczyniła.

Nie jest możliwe, by decyzja S&P wynikała z analizy ekonomicznej, jako że prognozy dotyczące polskiego PKB od czasu wyborów parlamentarnych nie zmieniły się specjalnie, gospodarka ma się dobrze, a inflacja nieznacznie podskoczyła, co jest oznaką zdrowia gospodarki i dowodem, że nie ma deflacji (w przeciwieństwie do innych, większych państw UE). Ponadto zaledwie kilka miesięcy temu (30 września) Marcin Petrykowski, dyrektor regionalnego oddziału S&P w Warszawie, zajmującego się Europą Środkową i Wschodnią, rozpływał się w zachwytach nad kondycją podstaw polskiej gospodarki.

W lutym 2015 r. agencja S&P podwyższyła „perspektywę” Polski ze „stabilnej” na „pozytywną”, jednocześnie dając do zrozumienia, że w niedługim czasie prawdopodobne jest podwyższenie ratingu. Z kolei sam Petrykowski w wywiadzie z września stwierdził: „Polska jest w dobrym punkcie i to jest to, co mówimy inwestorom”.

Jedynie w czasach zasadniczych zmian geopolitycznych, jak na przykład zamach stanu (nie jest to bynajmniej przykład retoryczny, jako że to właśnie sugerowali unijni technokraci), dochodzi do tak radykalnych rewizji w ocenach perspektyw gospodarczych. W wywiadzie z 4 grudnia Petrykowski, dając wskazówki, jak należy rozumieć jego prognozy – co często czynią analitycy, by z powodu niejasności komunikatu nie odstraszać inwestorów – stwierdził: „Choć doszło do zmiany rządu, podstawy polskiej gospodarki są niewzruszone”. Wszystko to razem świadczy o tym, że na obniżenie ratingu wpływ miały kryteria polityczne.

Niezrozumiałe decyzje

Od wielu lat ocena ratingowa Polski utrzymywała się na poziomie A- z „perspektywą pozytywną”, co odzwierciedlało względnie niskie zadłużenie i ciągły, od 1989 r., czyli upadku komunizmu, wzrost PKB. Jest to wzrost wyjątkowy i imponujący. Polska, posiadając elastyczny kurs walutowy i mobilną siłę roboczą, przy względnie niskim zadłużeniu państwa, sektora bankowego i ludności, bez szwanku przeszła przez kryzys światowy lat 2008–2009 i nadspodziewanie dobrze przez kryzys w Europie z lat 2010–2012, który zaczął się od Grecji.

Tymczasem wiele gospodarek w Europie, zarówno rozwiniętych, jak i wschodzących, w minionych latach kryzysu doświadczyło okresów ujemnego wzrostu i recesji. Polska była jedynym państwem Unii Europejskiej bez ujemnych kwartalnych notowań PKB i ani przez chwilę nie była zagrożona recesją.

W tym samym okresie na Węgrzech doszło do zasadniczej zmiany orientacji politycznej, co skutkowało zawirowaniami gospodarczymi i obniżeniem ratingu do poziomu BB+, który jest trzy kreski niżej niż obecny rating Polski. Rating Węgier uchodzi za poziom „spekulacyjny” i potocznie określany jest jako „śmieciowy”, ze względu na potencjalnie wyższe ryzyko niewypłacalności dłużnika i mniejszą liczbę inwestorów.

„Perspektywa” Węgier jest „stabilna”, co nie zapowiada rychłej zmiany ratingu. Poprzez obniżenie ratingu Polski w zakresie wiarygodności kredytowej państwa S&P wysyła jasny komunikat, że „burza wisi w powietrzu” oraz że czynniki polityczne będą miały niekorzystny wpływ na gospodarkę, tak jak to było na Węgrzech. Teoretycznie prognoza S&P wskazuje, że w średniookresowym horyzoncie wypłacalność Polski może być ograniczona. To, co dziwi w historii obniżonego ratingu Polski, to zarówno czas, jak również sposób, w jaki to się stało. Zazwyczaj, w wypadku gdy rating przekracza próg pomiędzy wskazaniem „inwestuj” z „pozytywną perspektywą” a poziomem o kreskę wyżej ponad „nie inwestuj” z „perspektywą negatywną”, przed wydaniem decyzji ratingowej agencja ostrzega o tym podmiot-pożyczkobiorcę i grupę inwestorów pożyczających temu podmiotowi pieniądze. Taki komunikat nosi nazwę „credit watch” (uwaga na kredytowanie, kredytuj ostrożnie) lub „negative­ watch” (uwaga na możliwość obniżenia ratingu); także przed wydaniem komunikatu o obniżeniu ratingu zmienia się ocenę „perspektywy” z „pozytywnej” lub „stabilnej” na „negatywną”. Jako że ratingi mają bezpośredni wpływ na koszty finansowania zewnętrznego, dzięki wystosowaniu takiego ostrzeżenia państwo, podmiot pożyczający, zyskuje czas, by przeciwdziałać negatywnym skutkom oceny poprzez zmianę polityki fiskalnej, kursowej lub zmianę przepisów. Takiego ostrzeżenia wobec Polski nie wystosowano. Nasuwa się pytanie: dlaczego?

Agencja S&P, uzasadniając swoją decyzję, podała następujące wyjaśnienie: „nowy rząd polski wszczął różne kroki legislacyjne, które naszym zdaniem osłabiają niezależność i efektywność kluczowych instytucji”.

Teoretycznie obniżenie ratingu może pociągnąć za sobą skutki gospodarcze, choć tymczasem nic na to nie wskazuje, dlatego też można przypuszczać, że co najwyżej nastąpi zmiana „perspektywy” przed obniżeniem ratingu, co na tym etapie i tak wydaje się mało prawdopodobne. Uzasadnienie przedstawione przez S&P brzmi, jakby padło z ust jakiegoś unijnego aparatczyka pokroju Martina Schulza, Fransa Timmermansa lub Günthera Oettingera; trzech najgłośniejszych krytyków obecnego rządu polskiego.

Ukarać Polskę

Wydaje się, że nie przypadkiem komunikat o obniżeniu ratingu ukazał się ledwie dwa dni po tym, jak Bruksela nieskutecznie próbowała zastosować procedurę Artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej w celu ukarania Polski za naruszanie, w rozumieniu Unii, „wspólnych wartości europejskich” (tak, naprawdę takich słów użyli).

Przykład, do którego odwoływała się zarówno Unia Europejska, jak i Standard & Poor’s, dotyczy nowej ustawy medialnej, która daje rządowi większą kontrolę nad mediami publicznymi finansowanymi przez polskiego podatnika. W mniemaniu eurokratów i zachodniej prasy regulacja ta wprowadza „cenzurę”. Dla większości Polaków bynajmniej nie jest to żaden początek epoki kontroli prasy, w odróżnieniu od minionych ośmiu lat, gdy w mediach publicznych nie sposób było uświadczyć poglądów eurosceptycznych.

Drugim przykładem, do którego odwoływała się zarówno Unia Europejska, jak i Standard & Poor’s, jest niedawna reforma skrajnie stronniczego Trybunału Konstytucyjnego, w którym głównie zasiadają sędziowie z wyboru poprzedniej koalicji rządowej (PO i PSL). Sankcje przewidziane w Artykule 7, których celem jest ukaranie kraju naruszającego „wspólne wartości unijne” (cokolwiek, u licha, to znaczy), powodują, że kraj ten traci prawo głosu w Radzie UE. Pamiętając spektakularną klęskę traktatu lizbońskiego, wygląda to jak pretekst do wyrzucenia z grupy, która i tak nigdy nie kierowała się żadnymi prawdziwymi wartościami demokratycznymi.

Nigdy wcześniej nie próbowano zastosować Artykułu 7, który wpisano do praw unijnych w reakcji na niepowodzenie brukselskiej próby ograniczenia „antywolnościowego” (brukselska nowomowa) przesunięcia się Węgier na prawo po wyborach wygranych przez Viktora Orbána.

Mathew Tyrmand   |   Niezależna.pl


Piotr Kuczyński
Janusz Zagórski i Trader 21

Więcej: Gazeta Prawna: Ratingowe wojny gangów
Bankier: Agencja Moody’s ostrzega Polskę
GUS: Polska gospodarka urosła o 3,6% w roku 2015
Stooq: Szałamacha – S&P nie bierze pod uwagę zjawisk gospodarczych
Paweł Pietkun – S&P a sprawa polska
Maciej Rysiewicz – Stan wyjątkowy 
Maciej Rysiewicz – Czy rząd PiS przetrwa do końca roku?